Przejdź do treści

Uniwersytet Śląski w Katowicach

  • Polski
  • English

Nienazwane nie istnieje | Rozmowa z prof. Jolantą Tambor

16.03.2021 - 15:46 aktualizacja 26.03.2021 - 13:52
Redakcja: OO
Tagi: Stanisław Lem

Rok 2021 jest rokiem Stanisława Lema. Rozmowa z prof. dr hab. Jolantą Tambor z Instytutu Językoznawstwa na Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu Śląskiego, językoznawczynią, dyrektorką Szkoły Języka i Kultury Polskiej UŚ, autorką publikacji na temat języka Stanisława Lema.

Maria Sztuka: Setna rocznica urodzin najwybitniejszego przedstawiciela polskiej fantastyki naukowej jest okazją do przypomnienia jego pasjonujących powieści, opowiadań, esejów, choć zainteresowanie twórczością pisarza zdaje się być wciąż ogromne…

Prof. dr hab. Jolanta Tambor: Pozwolę sobie przerwać, ponieważ nie zgadzam się z tym stwierdzeniem. Ta fascynacja, niestety, przemija, od dziesięciu, może ośmiu lat zaczęło ubywać miłośników Lemowskiej fantastyki. Obserwuję to przede wszystkim podczas zajęć w letniej szkole języka, literatury i kultury polskiej, którą organizujemy dla cudzoziemców. W ostatnim dziesięcioleciu XX wieku panowała moda na Lema. Bywało, że dla studentów przyjeżdżających z różnych zakątków świata Stanisław Lem był jedynym znanym im polskim pisarzem, czytali go wszyscy. Dlatego też od początku istnienia szkoły, czyli od 1991 roku, przez 15 lat (do śmierci pisarza w 2006 roku) regularnie z grupą zainteresowanych studentów jeździliśmy do Krakowa na spotkania z Lemem w jego domu.

M.S.: Pomysł niemal kosmiczny. Czy długo trzeba było namawiać pisarza?

J.T.: Trudno uwierzyć, ale w zasadzie w ogóle. W programie naszej pierwszej szkoły letniej była wycieczka do Krakowa. Pomyślałam, że skoro jest tak kolosalne zainteresowanie Lemem, a ja miałam już kilka napisanych przez siebie tekstów naukowych i popularnonaukowych o prozie autora Solaris, może warto spróbować zorganizować spotkanie z pisarzem. Zadzwoniłam, a Lem zgodził się natychmiast. Był niezwykłym człowiekiem, ciepłym, serdecznym, nie chciał słyszeć o jakiejkolwiek zapłacie za wykłady, twierdził, że spotkania ze studentami były jedną z największych radości jego życia. Nie dosyć, że nigdy nie wziął od nas grosza, to zawsze na każdego studenta czekała butelka wody i talerze wypełnione rozmaitymi ciasteczkami przygotowanymi przez żonę pisarza. Niektórzy studenci ukradkiem zawijali je w serwetki i chowali, zapowiadając, że do końca życia zachowają ten prezent od Stanisława Lema.

M.S.: Pierwsze spotkanie…

J.T.: To był sierpień 1991 roku. Stanisław Lem przywitał nas na progu domu i zapytał, czy jest tu ktoś z Ukrainy. Zgłosił się Andrzej Porytko, a wówczas Lem zakomunikował mu, że wróci już do innego kraju niż ten, z którego wyjechał, wróci do wolnej Ukrainy. Wtedy nie było jeszcze tak szybkiego obiegu informacji, nie było jeszcze telefonów komórkowych, internetu. Andrzej był niezwykle wzruszony, dla niego ta wizyta była wielkim przeżyciem, od lat fascynował się twórczością Stanisława Lema i zamierzał prosić pisarza o pozwolenie na tłumaczenie Wysokiego Zamku. Nie tylko uzyskał zezwolenie, ale także zgodę na bezpłatne wykorzystanie utworów. Andrzej Porytko, dziś już uznany na Ukrainie tłumacz dzieł Lema, bardzo często wspomina to niezwykłe dla niego wydarzenie. Przez kolejnych 15 lat, zawsze w sierpniu, gościliśmy w domu pisarza przy ulicy Narwik 66. Chętnych na te wyjazdy było zawsze bardzo dużo, co najmniej dwukrotnie więcej, niż mógł pomieścić salonik. Wprawdzie Lem prosił, aby grupy nie przekraczały dwudziestu osób, ale to ograniczenie było wręcz niewykonalne. Nikt nie chciał zaprzepaścić takiej okazji i nigdy nie było nas mniej niż czterdzieścioro. Studenci siedzieli więc, gdzie popadło, na podłodze także. Po latach Lem mówił, że już nie wyobraża sobie sierpnia bez spotkań z zagranicznymi studentami.

M.S.: Pomijając ogólnoświatowy spadek czytelnictwa, dlaczego młodzież coraz rzadziej sięga do utworów Stanisława Lema?

J.T.: Obecnie chyba zanika potrzeba czytania takiej literatury fantastycznej, jaką uprawiał Lem, czyli science fiction. Współczesny czytelnik chętniej sięga po utwory zmierzające w kierunku fantasy, dziś na topie są nie tylko utwory literackie tego gatunku, preferuje go także kinematografia. Ponadto język Lema jest bardzo trudny i może dlatego młode polskie pokolenie czyta go coraz rzadziej. My rozumieliśmy teksty Lema, bo umieliśmy sobie zrekonstruować na podstawie kontekstu znaczenie neologizmów używanych przez niego, a nie było ich aż tak wiele, aby mogły zaburzyć odbiór utworu. Trudność polega również na stosowaniu przez Lema archaicznych konstrukcji zdaniowych, choćby np. w Bajkach robotów, czy w Opowieściach o pilocie Pirxie. Bogata synonimika (często archaiczna lub rzadka) także jest barierą. A synonimy zanikają. Kiedyś potakując, mieliśmy do wyboru ogromną gamę możliwości: tak, oczywiście, jak najbardziej, jasne, ma się rozumieć, słusznie, rzecz jasna itd. Dziś młodzi ludzie zastępują je jednym słowem: dokładnie. Zamiast naszych uroczych polskich sufiksów zdrabniających i spieszczających, np. piękniusi, piękniutki, piękniuchny, mamy na wszystko jedno określenie – super, a i ono jest wypierane przez kolejne słowo klucz – mega. Ubożenie języka, posługiwanie się monosylabami – to wszystko sprawia trudność w odbiorze przekazu autora Cyberiady, dlatego tak cieszy mnie ogłoszenie Roku Lema. Jego utwory trzeba pokazać na nowo, nie tylko na świecie, ale i w kraju.

M.S.: Lem nie był filologiem, a jednak zabiegi, których dokonywał na języku polskim, świadczą o dogłębnym rozumieniu i umiejętności wykorzystania jego potencjału. Skąd czerpał tę wiedzę?

J.T.: Kierował się przede wszystkim fenomenalną intuicją językową, którą wspierał baczną obserwacją. Wsłuchiwał się w dyskusje językoznawców, czytał wszelkiego typu porady językowe, a pod koniec ubiegłego wieku kultura języka gościła we wszystkich środkach przekazu. Do dyskusji zapraszano wybitnych językoznawców, m.in. Katarzynę Kłosińską, obecnie przewodniczącą Rady Języka Polskiego, Andrzeja Markowskiego, Jana Miodka, Jerzego Bralczyka, wątpliwości językowe rozwiewała Antonina Grybosiowa z naszego Uniwersytetu, wielu znakomitych filologów publikowało swoje teksty w bardzo różnych czasopismach popularnych. Lem słuchał i przetwarzał.

M.S.: Jakie zabiegi słowotwórcze stosował najczęściej?

J.T.: Polszczyzna jest językiem silnie zmorfologizowanym. Badacze udowadniają, że języki słowiańskie, a więc także język polski, zawierają, ponad 70 proc. słownictwa motywowanego, czyli takiego, które odnosi się do innego, prostszego słowa, tak powstają na przykład nazwy wykonawców czynności czy zawodów. Jeśli nawet zapożyczamy jakieś słowa z języka angielskiego, to bardzo szybko je oswajamy i dzielimy słowotwórczo po polsku. Np. seria zakończona na -ing – trening, parking, kemping – zrodziła natychmiast nazwy czynności z polskim sufiksem: parkowanie, trenowanie, a z kolei uwolnione -ing zaczęło obsługiwać całe serie żartobliwych, efemerycznych neologizmów: plażing, patrzing, drzewing, kocing, trawing i… łomżing. Lem dostrzegał serie słowotwórcze i stosując bezbłędnie zasadę analogii systemowej, uwiarygodniał istnienie: pciem, niedostópek, nędasów, dzięki którym świat kambuzeli stawał się realny. Potrafił zastosować odpowiednie sufiksy, prefiksy i zakończenia w taki sposób, aby budować nowe słowa od czegoś, co już w języku polskim istnieje, albo od czegoś, co zostało zapożyczone. Skoro są astrolodzy, to oczywiste, że obserwowane na Solaris symetriady badać musieli symetriadolodzy, skoro wybudowano kosmodromy, to w świecie Lema powstają transgalaktodromy. Wykorzystując człony powtarzalne, puszczał wodze fantazji i wyposażał nowe światy w aeromobile, teletransy, teleporty, telewizyty. Nazwy, choć brzmią znajomo, pochodzą z początku lat 60. XX wieku, odnajdujemy je w powieściach Solaris (1961) i w Niezwyciężonym (1964). Lem wykorzystywał właściwie wszystkie znane sposoby wzbogacania słownictwa: tworzenie słowotwórczych neologizmów, budowanie neofrazeologizmów, neosemantyzację i zapożyczanie. Uważam, że był wyśmienitym językoznawcą amatorem, jego talent językoznawczy nie ogranicza się wyłącznie do kreowania nowej leksyki, obejmuje także wyższy poziom języka: składniowo-semantyczny, tekstowy. Lem świetnie rozumiał możliwości języka, możliwości uprawiania zabaw i gier słownych dzięki operowaniu wieloznacznością, polisemią, ale też przekształceniom składniowym, tekstowym.

M.S.: Najwięcej emocji wzbudzają neologizmy.

J.T.: A szczególnie te z tekstów o zabarwieniu groteskowym i baśniowym. Seria ciał niebieskich, takich jak: nędzioły, nurkownice, nałuszki, gryzmaki, rymundy, trzepce, graszaki, plukwy, filidrony, zamry – w większości są wyrazami zaskakującymi swą nowością. Nie zostały one zbudowane na podstawie klarownego, łatwego do zidentyfikowania rdzenia, ale potrafimy znaleźć w nich i usłyszeć coś swojskiego – może mają coś wspólnego z gryzmoleniem, trzepotaniem, nurkowaniem… Na pewno widać w nich znane sufiksy: gryzm-ak i grasz-ak jak liz-ak i maz-aknurkow-nica jak lutow-nica, nędzi-oły jak bazgr-oły itd. Ale niektóre są chyba nierozkładalne, to taki fakerwerk Lemowej wyobraźni. W jakim celu Lem tworzył nową terminologię? Myślę, że przyjmował zasadę, iż nienazwane nie istnieje. Człowiek, aby mówić o otaczającej go rzeczywistości, a nawet o niej myśleć, potrzebuje nazw. Nowe światy musiały mieć nową terminologię, nic nie mogło być takie jak w realu (notabene słowo real to także skrót wymyślony przez Stanisława Lema, ten synonim świata rzeczywistego pojawia się już w Powrocie z gwiazd napisanym w 1961 roku, choć ma tam nieco inne znaczenie). Leksykony zdały się mu zbyt ubogie, uzupełniał je więc własnym słownictwem, po mistrzowsku żonglując rdzeniami, prefiksami, sufiksami.

M.S.: Jak tłumacze radzą sobie z długoniami, natągwiami, nupajkami?

W ciągu naszej ponad 30-letniej pracy w Szkole Języka mieliśmy wiele kontaktów także z tłumaczami Lema, m.in. z naszym przyjacielem z Pekińskiego Uniwersytetu Języków Obcych profesorem Zhao Gangiem, prof. Milicą Mirkulowską z Macedonii Północnej czy wspomnianym już Andrzejem Porytką. O ile w przypadku języków słowiańskich, angielskiego czy niemieckiego tłumacze znajdują w swoich leksykonach odpowiednie formy, to w przypadku języka chińskiego trudności są znacznie większe, ponieważ język ten w zasadzie nie ma słowotwórstwa w naszym rozumieniu. Tłumaczenie neologizmów Lema odbywa się za pomocą nowych zespoleń znaków. Jest to żmudne, ale możliwe, co udowodnił prof. Zhao Gang, oddając w ręce czytelników chiński przekład Solaris. To musi być sposób, który funkcjonuje w danym języku. Lem wymaga bardzo dobrych tłumaczy, których zadaniem jest nie tylko oddanie fabuły, ale także sposobu myślenia, filozoficznej koncepcji świata i operowania językiem.

M.S.: Jak można uczyć obcokrajowców języka polskiego na przykładzie prozy Lema?

J.T.: Oczywiście nie sięgamy, szczególnie w przypadku studentów początkujących, do tekstów naszpikowanych neologizmami. Ale im są bardziej zaawansowani, tym łatwiej na przykładzie owych neologizmów można pokazać, że język polski jest na tyle morfologicznie uporządkowany, że my, Polacy, lubimy bawić się słowotwórstwem, jesteśmy kreatywni, dowcipni, często zaskakujący. Studenci muszą być przygotowani, że nie wszystkie słowa, które usłyszą od Polaków, istnieją w naszym leksykonie na stałe. Jeżeli jednak chcą czytać literaturę, poezję, a nawet rozumieć reklamy wyświetlane w polskiej telewizji, muszą nauczyć się sami zabawy językiem. Muszą zrozumieć, co to jest łomżing, który w reklamie jest zdefiniowany jako kocing na trawingu (analogicznie do jachtingu czy surfingu). Polacy rozumieją, a studentom zagranicznym pokazuję, że czytanie Lema, rozumienie Lema i uczenie się tego, w jaki sposób można operować językiem, pozwoli im na zrozumienie nawet poezji Mirona Białoszewskiego. Studenci bardzo to lubią.

M.S.: Niepowtarzalny język pisarza wykorzystuje Pani Profesor w glottodydaktyce. Publikacja zatytułowana Stanisław Lem: Jak ocalał świat, Maszyna Trurla, Wyprawa pierwsza A, czyli Elektrybałt Trurla stanowi pomoc dydaktyczną do nauki języka polskiego jako obcego.

J.T.: Bajki robotów są znakomitym materiałem, dzięki któremu można wyjaśnić wiele językowych zawiłości. Lem czyni to w sposób logiczny, przejrzysty i zrozumiały. Aby wytłumaczyć studentom, szczególnie anglojęzycznym, na czym polega w języku polskim konstrukcja gramatyczna tzw. podwójnego przeczenia, sięgnęłam do opowiadania Jak ocalał świat. Maszyna, którą zbudował Trurl, umie zrobić wszystko na literę N. Klapaucjusz przychodzi ją sprawdzić i wydaje polecenie: Maszyno! Masz zrobić Nic! Kiedy maszyna – jak się zdaje – nie wykonuje żadnej czynności, między konstruktorami dochodzi do kłótni. Klapaucjusz przekonuje jednak, że robić Nic i nie robić nic po polsku nie oznacza tego samego. Lem ustami swych bohaterów klarownie objaśnia różnicę. Zacietrzewieni w roztrząsaniu znaczenia zdania z podwójnym i pojedynczym przeczeniem, o mały włos nie zdążyliby zatrzymać maszyny, która polecenie zrozumiała dosłownie i chciała wszystko obrócić w nicość. Po przeprowadzeniu tego ćwiczenia nie mam już żadnych problemów, a studenci nie wykłócają się o podwójne przeczenie i rozumieją, dlaczego zdanie: Nie możesz przyjąć żadnego dokumentu jest poprawne, a proponowane przez nich: Możesz przyjąć żaden dokument – błędne, a z kolei Nie możesz przyjąć każdego dokumentu – znaczy kompletnie coś innego.

M.S.: O Lemie mówiono, że był prorokiem. Wiele jego fantazji już się urzeczywistniło, chociażby e-booki czy audiobooki, które przepowiedział już w 1961 roku w Powrocie z gwiazd. Może więc tabletka informacyjno- translacyjna zastąpi kiedyś nauczycieli?

J.T.: Każde spotkanie z Lemem było poświęcone innemu zagadnieniu, ale na wszystkich zawsze i nieustannie powtarzał, że najważniejszy jest człowiek i technika nigdy w życiu go nie zastąpi.

M.S.: Dziękuję bardzo za rozmowę.

Artykuł pt. „Nienazwane nie istnieje” został opublikowany w lutowym numerze „Gazety Uniwersyteckiej UŚ” nr 5 (285)

Prof. dr hab. Jolanta Tambor
Prof. dr hab. Jolanta Tambor | fot. Agnieszka Sikora

return to top