| dr Andrzej Wilczek – fizyk z Wydziału Nauk Ścisłych i Technicznych |
Każda inwestycja musi być zoptymalizowana kosztowo – aby spełniała zakładane cele, ale nie pochłonęła środków na niepotrzebne fajerwerki. Często jednak wybór tańszej alternatywy jest podyktowany dostępnością pewnych elementów na rynku – wybudowanie dodatkowych fabryk, elementów koniecznych do konstrukcji elektrowni jądrowej, niedostępnych lub zaporowo kosztownych w pewnej odseparowanej strefie ekonomicznej, spowoduje wzrost kosztów początkowych i opóźnienie inwestycji, ale może pomóc w rozwoju gospodarki. Jeśli jednak nie mamy dość czasu i środków, by tak kompleksowo podejść do zadania, a do tego gospodarka jest oparta na państwowych przedsiębiorstwach sterowanych centralnie, które potrzebują energii elektrycznej do działania, to możemy poszukać oszczędności, dostosowując projekt do dostępnej wydajności produkcji gospodarczej. Kłopot w tym, że w przypadku Czarnobylskiej Elektrowni Atomowej taka optymalizacja stała się pierwszym, ale nie jedynym krokiem do tragedii.
Podobnie jak katastrofa lotnicza jest zwieńczeniem łańcucha wielu niedociągnięć i problemów, tak samo można potraktować awarię elektrowni jądrowej. By zrozumieć wagę kolejnych zdarzeń, przyjrzyjmy się na początku zasadzie funkcjonowania takiej elektrowni.
Jak działa elektrownia?
Zarówno elektrownia węglowa, gazowa i jądrowa działają na zasadzie szybkowaru – podgrzewamy wodę do wysokiej temperatury i obudowujemy całość odpowiednio grubymi ściankami z wytrzymałych materiałów, by móc gromadzić gorącą parę pod wysokim ciśnieniem. Im wyższa temperatura, tym wyższa prędkość cząsteczek wody i jeśli wyprowadzimy je rurą do miejsca, gdzie jest zimniej, to szybsze molekuły z ciepłej części układu będą nadlatywać do zimnego miejsca prędzej, niż wolne molekuły z zimnej części do ciepłej. Zaczną zderzać się z wolniejszymi cząsteczkami, same nieco zwalniając, a więc ochładzając się, ale równocześnie zwiększając prędkość zimnych cząsteczek, czyli podgrzewając je. Ta asymetria powoduje, że para przemieszcza się z cieplejszego miejsca do zimniejszego. Gdyby nie zapewnić chłodzenia, temperatura i ciśnienie we wszystkich częściach ostatecznie wyrównałaby się, a wtedy nie byłoby ukierunkowanego przepływu. Stąd też ikoniczny widok charakterystycznych wież chłodniczych, z którymi powszechnie kojarzą się elektrownie. Mając przepływ pary, możemy wykorzystać jej ruch do generacji prądu. Do tego potrzebna jest turbina.
Jak pracuje turbina? Zaczniemy od bardzo małej, osobistej „elektrowni”, napędzanej siłą mięśni, jakim jest dynamo, które znamy z wyposażenia rowerów miejskich. Zasada jest prosta: w środku znajdziemy druty i magnes ustawione w taki sposób, aby kręcąc magnesem wokół nawiniętego drutu wzbudzać przepływ prądu. Obracamy magnesem przytykając koniec osi, na której jest zamocowany, do obracajcej się felgi. Na tej samej zasadzie projektowane są turbogeneratory w elektrowniach – obrót magnesu wokół cewek poruszy wszystkimi cząstkami, mającymi ładunek elektryczny i tym samym umożliwi przepływ prądu. Główną różnicą w porównaniu z dynamem jest w przypadku elektrowni wielkość generatora, uzyskiwane napięcie (sięgające 27 000 V), moc (dla elektrowni jądrowych ok. 1000 MW, a nawet 1900 MW) i stabilność działania, a także sposób wprawiania generatora w ruch – zamiast obrotu felgi budujemy turbinę jako specjalne śmigło napędzane przepływającą parą wodną pod wysokim ciśnieniem. Dla porównania silnik samochodowy o mocy 136 KM odpowiada mocy 0.1 MW. Zatem turbogenerator elektrowni o mocy 1000 MW mógłby napędzić 10000 samochodów jednocześnie. Biorąc pod uwagę, że pełna moc samochodu wykorzystywana jest tylko przy przyspieszaniu, a w silniku benzynowym dodatkowo tylko dla bardzo wysokich obrotów, to przy jednostajnej jeździe z prędkością ok. 90 km/h można by zasilić ok. 5 razy więcej aut równocześnie.
Zasada pracy większości elektrowni jest więc wspólna – zmienne pole magnetyczne powoduje powstanie pola elektrycznego, ale paliwa są różne – od spalania glukozy w mitochondriach mięśni i zasilania ich białek w świeżą porcję ATP by umożliwić ich rozkurcz, a tym samym obrót „turbiny” podpiętej do elemnetu obracanego za pomocą pedałów, poprzez obrót turbiny siłą wiatru czy spiętrzonej, opadającej pod wpływem grawitacji wody, po podgrzewanie wody (lub innej substancji) i wykorzystanie różnicy temperatury i ciśnienia do wzbudzenia przepływu. Każdy ukierunkowany ruch płynu można przekształcić w prąd za pomocą turbiny. Glówne elementy elektrowni stanowią więc: kocioł albo reaktor jądrowy, pompy, które wzbudzają obieg chłodziwa, chłodnica oraz turbogenerator, który przekształca różnicę temperatury w przepływ prądu elektrycznego.
Zasady działania elektrowni jądrowych
Do zasilania elektrowni węglowej podgrzewamy kocioł, spalając węgiel. Podobnie w przypadku gazu – łączymy węgiel i wodór z tlenem, otrzymując dwutlenek węgla i parę wodną oraz podwyższenie temperatury. Cząsteczka CO₂ jest 3 miliony razy mniejsza od milimetra, a cząsteczka wody ok. 5 milionów razy mniejsza od milimetra. A więc powiększając odległość 1 mm do rozmiarów 3 km cząsteczka dwutlenku węgla, składająca się z 3 atomów, zajmowałaby mniej więcej 1 mm.
Ale paliwo jądrowe działa w innej skali – tu nie przeszufladkowujemy atomów pomiędzy cząsteczkami, a neutrony i protony między jądrami, do tego uzyskując ciepło poprzez łączenie małych jąder ze sobą albo rozerwanie dużego jądra na części. I tu uwaga: rozerwanie jądra uranu 235U wyzwala ok. 5 miliardów razy więcej energii, niż spalenie jednego atomu węgla.
Jądro jest bardzo drobne i znajduje się w centrum każdego atomu, który można sobie wyobrazić jako kulę w której poruszają się uwięzione elektrony, nie pozwalające na zbytnie zbliżenie się innych atomów. Jeśli powiększyć jądro do rozmiarów piłki tenisowej, to chmura elektronów zawierałaby się w granicach ok. 1 do 5 km w zależności od rozmiaru jądra i atomu. Czyli jądro o wielkości piłki tenisowej stanowiłoby środek atomu, który zaczynałby się kilometr dalej.
Paliwo jądrowe najczęściej kształtuje się w formie prętów, zbudowanych z pastylek z dwutlenku uranu w odpowiednim pojemniku. Paliwo samo w sobie jest tylko minimalnie promieniotwórcze, ponieważ rozpada się radioaktywnie bardzo wolno. Dopiero podtrzymanie reakcji łańcuchowej wewnątrz reaktora i (przez pewien czas) jej produkty są niebezpieczne dla istot żywych. Natomiast wypalone paliwo można stosunkowo prosto zabezpieczyć otaczając wodą w basenie.
Pewien kłopot z zaprzęgnięciem paliwa uranowego do produkcji energii elektrycznej jest związany z tym, że naturalnie występujący uran zawiera tylko 0.7% dogodnego do rozszczepienia izotopu 235U – jąder zawierających 92 protony i 143 neutrony. Pozostała część to izotop 238U, który zawiera dodatkowe 3 neutrony. Aby utworzyć paliwo trzeba zwiększyć zawartość 235U – w przeciwnym wypadku trzeba zgromadzić więcej uranu i użyć ciężkiej wody jako moderatora, czyli spowalniacza neutronów – takiej, której jądrem wodoru nie jest proton, ale proton połączony z neutronem. Ale wbrew pozorom, aby utrzymać rozszczepienie częściej występującego 238U, potrzebujemy jeszcze większego wzbogacenia paliwa w 235U i droższej konstrukcji reaktora.
Rozszczepienia jądra na dwa mniejsze następuje po przechwyceniu neutronu. W reakcji powstają kolejne neutrony, które są jednak za szybkie, by zostać wyłapane przez jądro 235U i muszą być spowolnione. Można sobie tę trudność wyobrazić na zasadzie stołu bilardowego – jeśli uderzymy bilę za mocno, to zamiast wpaść do łuzy – odbije się. My nie możemy wybrać z jaką prędkością neutrony będą się poruszać, ale możemy je spowolnić obijając je o protony jąder wodoru w wodzie – tak samo, jak bilą uderzamy w inne bile, które przejmą część pędu. Najlepiej, by były podobnej masy, ponieważ takie najbardziej spowalniają pierwotnie uderzoną kulę. Zamiast wody, zawierającej protony, można użyć innych lekkich atomów np. węgla.
Neutrony wyemitowane po pierwszym rozszczepieniu zostają wykorzystane po spowolnieniu do wywołania kolejnych rozpadów. Ważne są tu przede wszystkim: stopień wzbogacenia oraz ilość uranu, wykorzystany moderator (spowalniacz neutronów) i geometria układu (np. równomierne wymieszanie moderatora z paliwem jest niekorzystne). Jeśli ilość rozpadów w takim łańcuchu jest stabilna i reakcja sama się podtrzymuje – możemy użyć jej do podgrzewania chłodziwa i generacji prądu.
Są jednak jądra, które pochłaniają neutrony nie dając nic w zamian. Do nich należy bor, który w formie kwasu borowego wprowadza się do chłodziwa, albo w postaci prętów kontrolnych pomiędzy pręty z paliwem, co zmniejsza moc reaktora. W ten sposób możemy regulować jego działanie, aby nie spowodować nagłego wzrostu ilości reakcji.
RBMK-1000 (Reaktor wysokiej mocy kanałowy)
Ze względu na trudności z przygotowaniem przez radziecki przemysł odpowiedniej ilości komór ciśnieniowych dla aktualnie budowanych i planowanych elektrowni jądrowych, konstrukcja nie mogła być wodnym reaktorem ciśnieniowym (PWR). W zamian zaplanowano olbrzymi reaktor o mocy 1000 MW, zajmujący 20 razy więcej miejsca niż PWR, ale produkujący taką samą ilość energii elektrycznej, oparty na graficie oraz plątaninie rur ciśnieniowych. Zamiast szybkowaru i pojedyńczych rur mamy tysiące rur, ale za to całość nie musi być szczelnie obudowana grubym materiałem.
Czynnikiem uwzględnionym przy projektowaniu było wykorzystanie reaktora do produkcji plutonu do celów militarnych – reaktor umożliwia wyciągnięcie pojedyńczych prętów paliwowych w trakcie pracy, przestawienie ich w inne miejsce, czy wyciągnięcie do ochłodzenia i dalszej obróbki za pomocą odpowiedniej automatyki. Ta opcja była nieunikniona, gdyż przy obsłudze ponad 1600 prętów paliwowych jej brak powodowałby długie przestoje w pracy.
Kolejna oszczędność spowodowała, że budynek mieszczący reaktor był wyposażony jednie w osłony przed promieniowaniem, ale nie zaplanowano konstrukcji zatrzymującej materiał jądrowy w razie stopienia rdzenia. Elektrowni nie zabezpieczono również przed wzrostem ciśnienia o więcej niż 4.5 atmosfery w bocznej strefie, a okolice pompy mogły wytrzymać jedynie dodatkowe 0.8 atmosfery. W razie wybuchu fala uderzeniowa była kanałowana w górę.
Jednym z problemów było użycie grafitu jako moderatora i lustra odbijającego neutrony. Czysty grafit jest bardzo dobry w tej roli, jednak każdy materiał ma także swoje wady. Grafit to węgiel, więc trzeba monitorować jego temperaturę, co wzięto pod uwagę. Wiedziano również, że pod wpływem promieniowania puchnie. Przestrzenie na pręty bezpieczeństwa zostały zaprojektowane tak, że nawet jeśli na kilkumetrowej długości degradacja grafitu spowodowałaby przesunięcie o 5 cm względem pierwotnego kształtu, pręty powinny poruszać się w takiej mufce bez problemu.
Paliwo jest chłodzone wodą, która także spowalnia neutrony. Jeśli jednak woda zaczyna wrzeć, postają bąble pary wodnej wewnątrz cieczy. W przypadku RBMK im więcej takich wolnych przestrzeni, tym więcej neutronów może spowodować rozszczepienie. Dlatego każde wprowadzenie dodatkowej zimnej wody do obiegu chłodzenia zmniejszy moc reaktora, a spowolnienie obiegu chłodziwa spowoduje podwyższenie ciśnienia, chwilowe zapadnięcie się bąbli, po którym następuje zwiększenie temperatury oraz powstanie coraz większej ilości bąbli i zwiększenie mocy reaktora. Dodatkowo pręty regulacyjne były wyposażone w rozbiegową część z grafitu, mającą zmniejszyć tarcie, a także by przy całkowitym wprowadzeniu prętu wypełnić dziurę w lustrze grafitowym. Przy wsuwaniu takiego prętu wypychana jest woda z kanału i zastępowana grafitem, co także powoduje zwiększenie mocy reaktora. Kolejnym problemem jest wolne tempo wprowadzania prętów regulacyjnych, zawierających materiał pochłaniający neutrony. W przypadku pierwszych generacji RBMK było to mechaniczne wprowadzenie w niecałe 20 sekund – podczas gdy dla współczesnych reaktorów PWR system ten powoduje spadek pod wpływem grawitacji i w 2 sekundy pręt sterujący jest na swoim miejscu.
Dodatkowym problemem była możliwość wyłączenia systemów automatycznego reagowania na niebezpieczne sytuacje wyłączeniem reaktora, co w trakcie eksperymentów wykorzystywano z premedytacją. Nie istniał również system, który uniemożliwia usunięcie zbyt wielkiej ilości prętów regulacyjnych – można było usunąć wszystkie pręty sterowane automatycznie, jak i ręcznie.
Trzeba jeszcze brać pod uwagę to, że reaktor RBMK jest tak duży, że fragment jego rdzenia może zacząć zachowywać się inaczej, niż całość.
Co się wydarzyło w Czarnobylu?
Elektrownia jądrowa potrzebuje stałego zasilania, ponieważ nie można jej wygasić natychmiastowo. Jeszcze po godzinie od wygaszenia produkuje ok. 2% energii. Dlatego konieczne jest zapewnienie obiegu chłodzenia. Wszystkie urządzenia niezbędne do pracy elektrowni RBMK pobierają ok. 10-12% jej mocy (współczesne elektrownie tylko 4-4.5%). W razie awarii i braku zasilania potrzeba włączyć zewnętrzne źródło zasilania dla pomp (potrzebują aż 6% mocy znamionowej RBMK-1000!), którym są agregaty prądotwórcze na ropę naftową. Jednak aby one zadziałały na poziomie zapewniającym napęd pompom, potrzeba ok. 40-50 s po awaryjnym wyłączeniu turbogeneratora. Wiedząc o tym zagrożeniu zmodyfikowano układ tak, aby turbogenerator pracował pod innym napięciem i dłużej zasilał pompy, jednak do czasu katastrofy nie przetestowano tego rozwiązania. Test, symulujący awarię turbiny, zaplanowano na poranną zmianę 25 kwietnia 1986 r. w godzinach popołudniowych.
Początek zaczął się sprawnie: wyłączono odpowiednie automatyczne zabezpieczenia reaktora i od rana zmniejszano moc elektrowni do 50% mocy znamionowej. Wtedy nastąpiła awaria w innej elektrowni. Aby odbiorcy prądu nie zostali odcięci od zasilania, zadecydowano na wyższym poziomie zarządzania o utrzymaniu mocy do czasu usunięcia awarii. Problemem jest to, że działając z niepełną mocą reaktor wytwarza z rozpadów jodu ksenon 135Xe, powodujący zatrucie reaktora poprzez pochłanianie neutronów, ale nie jest w stanie go w odpowiednim tempie niszczyć. Efekt ten polega na zduszeniu detektora po próbie zmniejszenia mocy poniżej zakładany poziom, a następnie samoczynnym zwiększaniu mocy przez kilka dni. W przypadku próby zwiększenia mocy poprzez częściowe wyciągnięcie prętów sterujących moc faktyczna zacznie wzrastać samoczynnie ponad zakładany poziom, by następnie przez kilka dni opadać. Zmiany są powolne i można je kompensować, ale trzeba mieć w rezerwie odpowiednią ilość prętów sterujących – nie powinno się ich wszystkich wyciągnąć.
Ostatecznie w godzinach późnowieczornych, przed zakończeniem popołudniowej zmiany, kiedy eksperci byli zmęczeni całodziennym czuwaniem, a nocna szychta miała już przejąć eksperyment, rozpoczęto dalsze zmniejszanie mocy, zgodnie z instrukcją testu. Zatrucie ksenonowe oraz niezsynchronizowanie automatycznego systemu sterowania lokalnego z globalną regulacją mocy spowodowało jej spadek poniżej poziomu zakładanego przez eksperyment, co kompensowano wyciągając pręty sterujące w sposób niezgodny z instrukcją użytkowania – nie pozostawiając odpowiedniej, rezerwowej ilości pochłaniacza w rdzeniu (margines bezpieczeństwa). W tym momencie nastąpiłoby automatyczne wyłączenie reaktora ze względu na niski poziom cieczy w pewnym urządzeniu, gdyby nie wyłączenie tego systemu bezpieczeństwa. Zareagowano manualnie, doprowadając dużo większą ilość zimnej wody do obiegu chłodzącego, co spowodowało zmniejszenie ilości pary, a zatem jeszcze bardziej zdusiło reaktor. Aby podwyższyć moc, wyciągnięto wtedy kolejne pręty kontrolne! W tych warunkach rozpoczęto eksperyment.
Wyłączono obieg turbogeneratora, napędzającego pompy. Woda spowalniając nie mogła efektywnie chłodzić reaktora i zaczęła wrzeć. Powstanie bąbli zwiększyło moc reaktora do tego stopnia, że ksenon w dużej mierze przereagował i przestał zmniejszać moc reaktora, co spowodowało przyspieszenie reakcji. W tym momencie rozpoczęto awaryjne wyłączanie reaktora (tzw. SCRAM). Wprowadzenie grafitowych końcówek do reaktora i wypchanie wody spowodowało dalszy wzrost reaktywności, skok mocy do stukrotności mocy nominalnej reaktora w ciągu 4 sekund, zwiększenie ciśnienia i rozerwanie ok. 30% kanałów reaktora. Wcześniej siedmiometrowe pręty regulacyjne zatrzymały się na głębokości ok 1.5 m, ze względu na zniekształcenia kanałów spowodowane wydzieleniem takiej ilości ciepła. Siła była tak potężna, że pokrywa, ważąca 2000 t została obrócona i pociągnęła za sobą zamontowane do niej pręty, zwiększając zniszczenie. Paradoksalnie pręty bezpieczeństwa, ze względu na nieprzemyślaną konstrukcję, stały się zapalnikiem wyzwalającym eksplozję.
Paliwo jądrowe w prętach zaczęło topnieć i drobinki rozpraszały się w wodzie pod wysokim ciśnieniem powodując jej intensywniejsze wrzenie i rozpad do wodoru i tlenu. Dodatkowo rury ciśnieniowe były wyściełane stopem cyrkonu z niobem wewnątrz rdzenia, aby nie wprowadzać tam stali, silniej pochłaniającej neutrony. Cyrkon w reakcji z wodą powodował dalsze podgrzewanie i wydzielanie się wodoru, co spowodowało kolejny wybuch, w którym budynek o wysokości ok. 70 m został skrócony o 1/3. W każdym kanale reaktora znajdowało się prawie 84 kg cyrkonu, a w całym reaktorze ponad 140 t, co miało potencjał wyzwolenia 6.5 t wodoru – łatwo więc o wybuch. Aby ochłodzić stopiony rdzeń i płonący grafit wrzucano z helikopterów w osiemdziesięciokilogramowych workach piasek (by odciąć powietrze), boraks (aby zwiększyć pochłanianie neutronów), ołów, dolomit (aby w wysokiej temperaturze wydzielał dwutlenek węgla, gaszący pożar), ale trudno było je dostarczyć tam, gdzie były najbardziej potrzebne. Nietrafione zrzuty mogły dodatkowo podniszczyć nadwerężoną konstrukcję budynku. Do tego piasek izolował gorący rdzeń od otoczenia, tym samym podtrzymując wysoką temperaturę i doprowadzając do wtórnego pożaru po tygodniu. W sumie, w ciągu tygodnia zrzucono aż 5000 t materiału.
Ze względu na brak zabezpieczenia przed przemieszczaniem się stopionego rdzenia zaproponowano stworzenie tunelu i wprowadzenie mechanizmu chłodzącego. Ostatecznie został tam wylany beton, skutecznie zabezpieczający przed dalszym przetapianiem się w dół materiału rdzenia i uniemożliwiający skażenie wód gruntowych. Całość budynku elektrowni obudowano tzw. sarkofagiem, jednak był nieszczelny – pozytywnym tego skutkiem było jednak zwiększone chłodzenie. W późniejszym czasie zbudowano inną osłonę, w czym brały udział firmy z wielu krajów.
Skutki katastrofy
Na skutki zdrowotne najbardziej narażone były osoby biorące udział w akcji ratunkowej. Szczegółowy raport Forum Czarnobyla (m.in. Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej oraz ciała ONZ) notuje, że 134 osoby cierpiały na ostrą chorobę popromienną, z których 28 zmarło w 1986, a 19 osób do 2004 r. 2 osoby zginęły w trakcie katastrofy z powodu wypadków bez związku z promieniowaniem. Wśród osób mieszkających w pobliżu elektrowni 4000 było narażonych na raka tarczycy spowodowanego wchłonięciem promieniotwórczego jodu 131I, zwłaszcza będąc w młodym wieku w czasie awarii. Poziom jodu promieniotwórczego bardzo szybko spada – o połowę po każdych 8 dniach, więc zagrożenie było krótkotrwałe.
W porównaniu ilością osób zabitych w wypadkach górniczych na całym świecie w 1986 r., szacowaną na 3000-5000, jest to tragedia na nieco mniejszą skalę.
W Polsce bariera informacyjna, wprowadzona przez ZSRR, spowodowała jednak zabezpieczanie się społeczeństwa przez groźniejszymi skutkami, niż faktyczne. Polecono dzieciom zażycie odpowiedniej ilości stabilnego (niepromieniotwórczego) jodu w płynie Lugola, aby wysycić tarczycę tak, by przez pewien czas nie przyjmowała jodu z zewnątrz. Dzisiaj ocenia się ten zabieg jako zbędny, ale nie wiedząc, co się dokładnie wydarzyło i jakie będą dalsze wypadki, zabezpieczono się w najlepszy możliwy sposób. Zwłaszcza, że wyemitowany jod gromadzi się w wyniku suchego lub mokrego opadu na naziemnych częściach roślin oraz jest znajdowany w krowim mleku. Jedyną komplikacją zdrowotną podania jodu w dużej ilości u osób podatnych genetycznie może być wystąpienie zapalenia tarczycy Hashimoto, które może być również spowodowane spożywaniem soli jodowanej w zbyt wielkiej ilości, albo zbyt niską ilością jodu w przyjmowanym pożywieniu. Sam byłem poddany tej akcji prewencyjnej 2.5 miesiąca po narodzinach i nie odczułem skutków ubocznych.
Opad radioaktywny w najbliższym otoczeniu elektrowni był spowodowany samym wybuchem i spowodował konieczność ewakuacji mieszkańców oraz wymógł przesiedlenia. Chmura radioaktywna, która została zaobserwowana najwcześniej w Szwecji, w południe 28 kwietnia, była skutkiem trwającego pożaru. Jej działanie było zależne od ukształtowania terenu. W miejscach, gdzie w trakcie przesuwania się materiału z pożaru spadł deszcz, zgromadziło się więcej materiału radioaktywnego. Najczęściej opad występuje na nawietrznych zboczach wzniesień terenu. Jak wszędzie, mogą tam również występować grzyby, wybiórczo gromadzące cez, w tym promieniotwórczy izotop 137Cs, którego ilość dopiero po 30 latach maleje o połowę. Na szczęście substancja ta wpłukuje się coraz głębiej w grunt i dzisiaj podwyższoną ilość 137Cs obserwuje się przede wszystkim w truflach i mięsie dzików, które je spożywają. Skażenie radioaktywne grzybów w większości miejsc Europy spowodowane jest jednak testami broni jądrowej w latach 50 i 60, i nie jest przy normalnej konsumpcji zagrożeniem dla zdrowia.
Podsumowanie
Technologia elektrowni jądrowych w czasach budowy elektrowni w Czarnobylu była bardzo bezpieczna. Jedynie trudności gospodarcze ZSRR wymogły skonstruowanie reaktora, który nie spełniał tych norm – pozwalał na jego nie do końca przewidywalne zachowanie. To jednak nie jest główny problem – zastosowanie się do instrukcji obsługi od samego początku oraz niewyłączanie zabezpieczeń zapobiegłoby wypadkowi. Przeprowadzenie testu było obarczone ryzykiem, ale gdyby nie nietypowe warunki eksperymentu (działanie przez przeszło pół dnia na pół gwizdka), również nie spowodowałoby tak drastycznych skutków. Pominięcie etapu synchronizacji systemów kontrolnych było błędem i kolejnym krokiem do wypadku, ale jeszcze go nie spowodowało. Wyciągnięcie prętów sterujących w większej mierze, niż dopuszczalna, powiększyło zagrożenie. Doprowadzenie do wytworzenia dużej ilości bąbli w wodzie było w tych warunkach bardzo niebezpieczne. Ale dopiero próba wyłączenia reaktora pracującego poza swoim standardowym reżimem za pomocą prętów, które początkowo działają odwrotnie, niż zakładano, spowodowała wybuch, stopienie rdzenia i utratę kontroli nad reaktorem. Zaprzestając testu i włączając turbinę można by próbować ochłodzić reaktor ponownie bez wyłączenia awaryjnego, ale jeśli to było możliwe, nie gwarantowałoby powodzenia.
Technologia jądrowa jest bezpieczna, nie tylko dzięki porównaniu obliczeń teoretycznych z faktycznym działaniem, albo braniu pod uwagę wszelkich ewentualności, ale także dzięki nauce na błędach, dzięki czemu wypracowano specjalne ścisłe normy, które pozwalają obliczyć prawdopodobieństwo wypadku i nie ma już miejsca na ryzykowne eksperymenty. Świat jest jeszcze cywilizowany i oby taki pozostał.

Widok na Czarnobylską Elektrownię Jądrową | Wikimedia Commons
