Przejdź do treści

Uniwersytet Śląski w Katowicach

  • Polski
  • English

O cieszyńskich kantatach, które dostały drugie życie | Rozmowa z dr. Zenonem Mojżyszem

20.09.2021 - 08:52 aktualizacja 04.10.2021 - 18:40
Redakcja: OO
Tagi: art, badania, music, muzyka, research, sztuka

Muzyka protestancka na Śląsku, w dodatku w Cieszynie, to niezwykle ciekawy, choć niszowy temat, którym zajmuje się dr Zenon Mojżysz z Instytutu Nauk o Sztuce Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Pracuje on obecnie nad wydaniem i krytycznym opracowaniem dzieł muzycznych, z którymi wiąże się ciekawa historia. Odnalezione po latach, dziś mogą być na nowo wykonywane. To żywa muzyka, dzięki której możemy doświadczyć wspólnoty z naszymi poprzednikami sprzed wieków, ludźmi, o których niemal nikt już dziś nie pamięta.

Olimpia Orządała: Panie Doktorze, zajmuje się Pan opracowaniem dzieł muzycznych. Jakiego typu są to utwory?

Dr Zenon Mojżysz: Pochodzą one z I połowy XVIII wieku z repertuaru cieszyńskiego Kościoła Jezusowego. W czasach habsburskich był to jedyny kościół ewangelicki na Górnym Śląsku, tzw. kościół łaski, bo zbudowany „z łaski cesarza”. Po ugodzie altransztadzkiej ówczesny cesarz Józef I zezwolił na budowę sześciu nowych kościołów luterańskich na Śląsku – pięć z nich znajdowało się na Dolnym, a jeden na Górnym Śląsku, właśnie w Cieszynie.

Dużym zaskoczeniem było dla mnie to, że jeszcze przed ukończeniem budowy kościoła murowanego, w trudnych, można powiedzieć prowizorycznych, warunkach tak pięknie rozwijała się tam kultura muzyczna. Wśród zachowanych dzieł są dwie arie wykonane w roku 1710 podczas uroczystości położenia kamienia węgielnego pod budowę tego kościoła – mamy jeden utwór przed samym aktem kładzenia tego kamienia i drugi już po. Są to kompozycje bardzo efektowne, uroczyste, w odświętnej obsadzie, jak to wtedy mówiono: „z kotłami i trąbkami”. Oprócz tych dwóch do dziś zachowało się kilkanaście utworów typu kantatowego z pierwszych czterech dziesięcioleci funkcjonowania kościoła. Siedem z nich, z okresu najwcześniejszego, z lat 1710–1715, to kantaty solowe na jeden lub dwa głosy wokalne z orkiestrą. Z okresu po 1725 roku mamy kilka kantat o innym charakterze, z większym udziałem chóru. Ostatnia z nich datowana jest na 1740 rok – to bardzo specyficzny utwór, poważny i dostojny, napisany na uroczystość żałobną po śmierci cesarza Karola VI.

O.O.: Czym kantaty wyróżniają się spośród innych dzieł muzycznych?

Z.M.: Są to utwory wokalno-instrumentalne, pisane wówczas w całej Europie na różne okazje, kościelne i świeckie. W środowisku luterańskim kościelne kantaty stanowiły jeden z ważnych elementów nabożeństw. Nie tylko je upiększały, ale, przede wszystkim, pełniły funkcje teologiczno-dydaktyczne: komentowały i uzupełniały treści religijne.

W przypadku opracowywanych przeze mnie utworów mamy do czynienia z kantatami w języku niemieckim. Miejscowa ludność (przedstawiciele niższych stanów) mówiła przeważnie w lokalnym dialekcie słowiańskim, mieszczanie i szlachta posługiwali się często obydwoma językami (niemieckim i czeskim/polskim) – także z powodów czysto praktycznych, jednak to właśnie znajomość niemieckiego była w pewnym sensie wyznacznikiem aspiracji i przynależności do ówczesnych „wyższych sfer”. Od drugiej dekady XVIII wieku w języku niemieckim zapisywano także wszystkie oficjalne dokumenty kościoła Jezusowego.

W tamtym czasie w Cieszynie było dwóch kantorów. Pierwszy to tzw. kantor czeski lub polski, odpowiedzialny za muzykę w języku słowiańskim. Początkowo był to właśnie język czeski, później w miarę upływu czasu następowała coraz większa polonizacja. Drugi natomiast to kantor niemiecki, dla niemieckojęzycznych członków zboru. Tak to przynajmniej miało wyglądać w teorii. W praktyce ten podział wyglądał chyba jednak nieco inaczej, bo jeden z nich zajmował się przede wszystkim chórem i zespołem instrumentalnym, a drugi grał na organach. Obydwaj oczywiście musieli ze sobą ściśle współpracować. Ale ta znajomość języków była ważna. Jeden z cieszyńskich kantorów napisał nawet praktyczny słownik polsko-niemiecki.

W sumie kantaty cieszyńskie to dość spójny zbiór utworów ściśle powiązany z regionem i z działalnością ówczesnego zboru luterańskiego. To oczywiście tylko drobny fragment, wycinek ówczesnego repertuaru – zachowało się kilkanaście utworów, a było ich kiedyś dużo więcej, pewnie w sumie kilkaset. Jednak szczęśliwie przetrwało ich na tyle dużo, by pokazać dobry przekrój tego repertuaru. Oprócz tego, że zachowała się sama muzyka, mamy też całą gamę różnych informacji na temat muzyków, którzy działali wtedy w Cieszynie.

O.O.: Czy znamy autorów zachowanych kantat?

Z.M.: Częściowo. Na rękopisach kantat pojawia się tylko jedno nazwisko – Giovanni Battista Bassani. To kompozytor włoski, bardzo znany w II połowie XVII wieku, jeden z najbardziej cenionych i poważanych muzyków swego czasu. Natomiast pozostałe utwory są teoretycznie anonimowe. Teoretycznie, bo można przypuszczać, że autorem przynajmniej niektórych z tych późniejszych był Andreas Fabri, kantor w latach 1716–1743. Jeżeli chodzi o kantaty najwcześniejsze, czyli te z lat 1710–1715, to funkcję kantora pełnił wtedy niejaki Georg Gürtler. Ale najprawdopodobniej to nie on jest autorem tych utworów. Znaki wodne papieru, zapiski kopistów oraz treść tych kompozycji sugerują, że zostały one sprowadzone z Wrocławia i jedynie dostosowane do potrzeb cieszyńskich. W przypadku kantat późniejszych też nie jestem w stanie stuprocentowo powiedzieć: to napisał Fabri, bo kompozycje te nie były sygnowane. Jednak w przypadku jednego utworu, tej kantaty żałobnej z 1740 roku, w archiwum cieszyńskim zachowały się nie tylko partytura i głosy instrumentalne, ale też szkic kompozytorski – brudnopis z zapisanymi pomysłami kompozytora, fragmentami melodii i tekstów. Wychodzę z założenia, że skoro w Cieszynie przetrwał taki roboczy szkic, to najpewniej i cały utwór został skomponowany na miejscu przez któregoś z miejscowych muzyków – i najprawdopodobniej był nim Fabri. Wiadomo między innymi, że to właśnie on odpowiadał za muzykę wokalną w kościele Jezusowym, dbał o repertuar, zamawiał odpisy nut, papier, troszczył się o wyposażenie orkiestry i muzyków, prowadził próby i tak dalej. Wynika to bezpośrednio z zachowanych w archiwum kwitów rachunkowych przez niego sygnowanych. Na jednym z nich, z roku 1724, wyszczególnia zresztą Fabri dwie ryzy papieru, zużyte na kantaty i arie skomponowane z okazji różnych uroczystości…

zdjęcie zapisanej kartki

Kwit cieszyńskiego kantora Andreasa Fabriego z 1735 roku z wyszczególnieniem wydatków na muzykę | fot. archiwum dr. Z. Mojżysza

O.O.: Utwory zostały znalezione w archiwum Kościoła Jezusowego i Bibliotece im. Tschammera w Cieszynie. Jak doszło do ich odkrycia?

Z.M.: Wszystko zaczęło się dość dawno temu, bo pod koniec 2008 roku. Byłem wtedy jeszcze stosunkowo nowym pracownikiem w ówczesnym Instytucie Muzyki Uniwersytetu Śląskiego w Cieszynie. Sfinalizowałem swoją pracę doktorską i rozglądałem się za nowym materiałem do badań. Pewnego dnia natknąłem się w instytucie na ulotki związane z obchodami jubileuszu kościoła Jezusowego. Pomyślałem, że skoro kościół ma 300 lat, to może w archiwum zachowały się jakieś muzyczne „starocie”. Okazało się, że rzeczywiście, akurat krótko przedtem w zbiorze odnaleziono coś interesującego. Był to dość gruby plik zakurzonych kart owinięty szaroniebieskim papierem. Gdy na tym papierze odcyfrowałem nazwisko Georg Philipp Telemann, od razu poczułem się zaintrygowany. Po otwarciu pakietu ujrzałem przed sobą rękopisy muzyczne, stare, z początku XVIII wieku. Okazało się też, że byłem prawdopodobnie dopiero drugim muzykologiem, któremu trafiły w ręce. Pierwszym był nieżyjący już prof. Karol Hławiczka, który jednak nigdy nic na ten temat nie opublikował, co wydało mi się dziwne, ponieważ do papierów dołączona była karteczka, z której wynikało, że rękopisy te zostały przez niego przejrzane. Im dłużej przyglądałem się temu zbiorowi, tym odkrycie to stawało się bardziej fascynujące.

Nazwisko Telemanna rzeczywiście w tych rękopisach się pojawia. W drugiej części zbioru, wśród utworów instrumentalnych, jest jeden z jego tzw. koncertów polskich na flet traverso i orkiestrę. Oprócz tego utwory Heinichena, Stölzla i innych, mniej znanych twórców. Te utwory leżały na wierzchu pliku, pod nimi natomiast ukryte były utwory wokalno-instrumentalne: kantaty. I to właśnie kantatami zająłem się w pierwszej kolejności, choć w niedalekiej przyszłości planuję opracować także pozostały materiał.

Same kantaty są jednak w całym tym zbiorze najważniejsze i najciekawsze. Po pierwsze, to bardzo wartościowa muzyka, a po drugie, są naprawdę unikatowe. Nie znam innych utworów tego typu z terenu Górnego Śląska. Dzieła te pokazują wyraźnie, że w pierwszych dekadach XVIII wieku w Cieszynie – mieście niby ważnym, bo książęcym, ale jednak o niedużym znaczeniu – bardzo wiele się działo na polu muzyki. To są naprawdę dobre, efektowne kompozycje. Słuchacz, także współczesny, nie nudzi się, ponieważ są one umiejętnie skonstruowane i zróżnicowane pod względem brzmieniowym. Co ciekawe – a to dobrze świadczy o samym Cieszynie i jego dawnych mieszkańcach – muzykę bardzo podobną uprawiano w ośrodkach dużo większych i bardziej znaczących pod względem kulturalnym, jak na przykład we Wrocławiu, czy w Gdańsku. Z ciekawostek powiem, że wspomniany już wcześniej utwór Bassaniego trafił do  Cieszyna z Włoch za pośrednictwem tego ostatniego miasta.  Na partyturze odnotowano, że wrocławski kopista odpisał nuty z innego egzemplarza, sporządzonego 13 lipca 1696 roku właśnie w Gdańsku.

Chciałbym skorzystać tu też z okazji i gorąco podziękować panu Marcinowi Gabrysiowi, od wielu lat znakomicie opiekującemu się cieszyńską Biblioteką i Archiwum im. Tschammera, który umożliwił mi dostęp do tych wszystkich skarbów. Bez jego wydatnej pomocy, zaangażowania i wyrozumiałości moja praca byłaby niemożliwa.

O.O.: Jak wyglądało opracowanie tych utworów?

Z.M.: Najpierw nuty trzeba wstępnie przepisać, biorąc pod uwagę wszystkie elementy charakterystyczne, które się w nich pojawiają, jak np. wskazówki dotyczące powtórzeń pewnych części w innej obsadzie, czy z innym tekstem, albo zapisy różnymi odcieniami atramentu, mogący oznaczać, że najpierw postała jakaś wersja pierwotna, a później dopisywano kolejne fragmenty, W przypadku skreśleń, dopisków, czy innych korekt trzeba zdecydować, która wersja jest prawidłowa. W tym właśnie momencie, w chwili, kiedy trzeba zacząć podejmować różne decyzje, rozpoczyna się właściwa praca.

W edycjach krytycznych muzyki dawnej chodzi najczęściej o przedstawienie „ostatecznego”, zweryfikowanego tekstu muzycznego, który może stanowić podstawę do jego współczesnej interpretacji. Głównym zadaniem edytora jest odtworzenie muzyki w formie, w jakiej była wykonywana wówczas, ale zapisanie tego w taki sposób, aby można było ją wykonać dziś. To odtworzenie powstaje przez przede wszystkim w drodze filologicznej weryfikacji oryginalnego tekstu nutowego.

tekst nutowy

Rękopiśmienny oryginał i transkrypcja fragmentu arii „Ihr brüllenden Donner” z repertuaru kościoła Jezusowego | fot. archiwum dr. Z. Mojżysza

W przypadku istnienia alternatywnych wersji tekstu, np. zapisu partytury i głosów instrumentalnych, partesów, trzeba je zawsze porównać, odnaleźć różnice i zdecydować, co jest bardziej, a co mniej istotne. W tym przypadku, w kantatach cieszyńskich, to głosy instrumentalne, przynajmniej te, które się zachowały, okazały się być szczególnie ważne. To one w końcu leżały na pulpitach i to z nich grano tę muzykę. Dlatego zawarto w nich też sporo detali, których w partyturach po prostu nie ma. To nie oznacza, że partytury były felerne, ale nie było potrzeby zapisywania w nich wszystkich szczegółów, a już na pewno nie tych, które były istotne tylko dla wykonawców. Pracując jednak nad „wersjami ostatecznymi” poszczególnych utworów, współczesnymi partyturami, musiałem uzupełnić je o wszystkie te dodatkowe elementy z głosów instrumentalnych. To ważne, ponieważ takie zestawienie wszystkich dostępnych informacji o edytowanym utworze może znacząco wpłynąć na jego ostateczny kształt i brzmienie. Może się okazać się, że to inna muzyka, niż sugerowałoby to spojrzenie na każde ze źródeł z osobna.

Ważne jest jednak, aby z takiej współczesnej partytury, można się było też dowiedzieć jak wyglądał oryginalny zapis rękopiśmienny. Stąd zapis diakrytyczny niektórych elementów, przykładowo: mniejszy krój nuty dla fragmentów uzupełnionych, czy stosowanie czcionki zwykłej lub kursywy dla odróżnienia zapisów oryginalnych i dodanych przez edytora. Pomocny jest w tym także cały aparat krytyczny, czyli komentarz rewizyjny z dokładnym opisem źródeł i przede wszystkim uwagi krytyczne, w których wyszczególnione jest to wszystko, czego nie udało się zawrzeć w samej partyturze.

Dysponuję na szczęście skanami wysokiej rozdzielczości wszystkich utworów, co jest bardzo pomocne w mojej pracy. Na skanach takich widać nie tylko wszystkie istotne szczegóły zapisu, pięciolinie, nuty, teksty słowne w różnych kolorach, poprawki i kleksy, ale nawet fragmenty włókien papieru. Jestem w stanie stwierdzić, czy dany element to np. zapisana kropka, czy też może kilkaset lat temu przeszła w tym miejscu mucha i zostawiła swój ślad… Oczywiście są też pewne rzeczy, które trzeba koniecznie sprawdzić w rękopisach: zapisy nieczytelne na skutek zabrudzeń i uszkodzeń, albo sam układ kart papieru w partyturach. Na skanach nie widać także znaków wodnych wskazujących, z której papierni pochodził użyty przez kopistę czy kompozytora papier. W większości przypadków nie muszę jednak w ogóle sięgać do oryginałów i pracuję z domu.

O.O.: Dlaczego zajął się Pan krytycznym opracowaniem dzieł muzycznych?

Z.M.: Staram się w mojej pracy zawsze uwzględniać „element praktyczny”. Gdy opracowana partytura edycji jest już gotowa, staje się dostępna dla szerokiego grona odbiorców, nie tylko muzykologów lub zainteresowanych czytelników, ale także, co szczególnie istotne, dla muzyków-wykonawców. Kantaty cieszyńskie były kilkukrotnie wykonywane: w samym Cieszynie, w Katowicach, w Warszawie. Takie wykonanie to żywa muzyka, przeznaczona dla publiczności, tu i teraz. Można przy takiej okazji spróbować doświadczyć pewnego rodzaju wspólnoty z naszymi poprzednikami sprzed wieków, ludźmi, o których niemal nikt już dziś nie pamięta. Można bezpośrednio „dotknąć” jednego z elementów ich życia, ich czasów, usłyszeć tych samych, śpiewanych słów, przeżyć podobne emocje.

Mogę napisać wiele ważnych i uczonych tekstów, artykułów, książek, ale sporo z nich będzie przydatne głównie dla specjalistów. Z kolei dzięki edycjom dawna muzyka, często zapomniana, dostaje niejako drugie życie i wchodzi do żywego repertuaru muzycznego. Pole oddziaływania na współczesną społeczność jest tu dużo większe.

O.O.: Dziękuję za rozmowę.

Publikacja, przygotowywana przez dr. Zenona Mojżysza, znajduje się obecnie w opracowaniu redakcyjnym i wkrótce zostanie skierowana do druku.

książka z nutami/book with music notes

fot. Pixabay

return to top